Wydawało mi się, że wiem co to znaczy wyprawa polarna. Okazało się, że Grenlandia miała w tej sprawie więcej do powiedzenia …

Piękno i surowość tego miejsca przyciągnęły mnie, Kamila i Michała wiosną 2013. Po przejściu 300 km lądolodu i maratonie biegowym planowaliśmy wejść na Mt Forel (2 szczyt Grenlandii).

Wschód Grenlandii jest mniej cywilizowany, Ammassalik – stolica  tego rejonu, liczy 1500 mieszkańców. Mało kto jeszcze czynnie poluje i żyje jak wcześniej, większość korzysta z duńskiego socjalu i pracy oferowanej przez instytucje z  Danii. Obecnie Grenlandia utrzymuje się z połowów ryb i krewetek, pomału większą rolę zaczyna też odgrywać turystyka.

Przed wyjazdem biegałem z chłopakami, którzy biegają 10 km po 32/31 min, progres mojej formy był ogromny. Myślałem, że maraton na Grenlandii to będzie pikuś. Pod koniec marca dopadła mnie choroba i podejrzenie zapalenia płuc. Tydzień przed wyprawą zrobiłem badania szczegółowe i zdecydowałem – jadę! Dysponowałem kilkunastoletnim doświadczeniem górskim i wyprawowym (z temperaturami do -50 stopni i szczytami powyżej 8000 m.n.p.m.) więc pomyślałem sobie „Janek dasz radę … 

SONY DSC

Przygoda z Grenlandią pokazała, co się kryje pod pojęciem „wyprawa polarna'” i wiem już, że prawdziwy polarnik przede wszystkim musi być silny psychicznie. Gotowy na temperatury rzędu -60 stopni, ciągnięcie 80 kg sanek przez szczeliny, pokryte lodem fiordy i morze, które nierzadko kołysze plus wiatr o sile do 230 km/h, czy spotkania z niedźwiedziami polarnymi …Nagrodą jest nieskazitelna przyroda, ogromna przestrzeń i surowość życia.

Na wyprawach polarnych nie należy szukać spełnienia marzeń i zaspokojenia ambicji „na siłę”. Rejony polarne nie wybaczają błędów, tam można pomylić się tylko raz, pomoc ostatecznie przyleci, ale w większości przypadków za późno.

Trafiliśmy na kapryśną pogodę, nie było wystarczająco zimno, żeby przejść wszystkie fiordy na nartach, zalegał na nich lód i mnóstwo gór lodowych, które były niebezpieczne i blokowały przeprawę. Wiatr, który wieje przez lądolód nazywa się PITERAQ i może wiać do 300 km/h Już na początku mieliśmy załamanie pogody. Było  tam również kilka innych wypraw. Gdy zniecierpliwieni Anglicy postanowili wylecieć na lądolód, dostali wiatr do 220 km/h (przy temperaturze odczuwalnej do -70) , jedna osoba zginęła a dwie bardzo mocno się poodmrażały. Weryfikując nasze możliwości w tych konkretnych warunkach postanawiamy zmienić plany na mniej ambitne i nie wychodzić na ponad 20 dni w rejon gdzie wieje PITERAQ .

Pod koniec wyprawy jeden z nas nabawił się urazu stawu kolanowego, co wymusiło weryfikację naszych dziennych dystansów na nartach. Cały czas tlił się w mojej głowie projekt biegowy i gdy dotarliśmy do wioski Tinitoqilaq byłem pewien, że droga powrotna to będzie mój czas biegania, i to bez względu na pogodę. Najbliższe dni mieliśmy spędzić z Tobiasem, jednym z najlepszych myśliwych na Grenlandii.

Zrzut ekranu 2014-03-13 o 06.27

Polowanie z Tobiasem to przeżycie niezapomniane. Łódź, fiordy, ogromne góry lodowe i niesamowite opowieści tego pełnego spokoju myśliwego. Gdy fiord Semerlik  zostaje zablokowany przez tysiące gór lodowych pchanych prądem oceanicznym, Tobias próbuje się przedostać na drugą stronę do wioski. Jego łódź skacze przez pak lodowy i mniejsze góry lodowe i ostatecznie – po kilku godzinach – wracamy na około. Dostajemy nasz przydział mięsa z foki i idziemy szukać w wiosce miejsca do spania. W ostatnim tygodniu w wiosce było 9 niedźwiedzi, dlatego wolimy przespać się w domu. Po negocjacjach i rysowaniu na kartce dobijamy targu z przesympatyczną rodziną. Wspólnie gotujemy mięso z foki, zjadam chyba ponad kilogram i idę spać. Rano daję moje rzeczy chłopakom – oni będą na psich zaprzęgach.

Wyszło słońce, pierwszy fiord poszedł nawet sprawnie, choć zapadałem się do polowy łydki. Po fiordzie czas na podbieg  800 metrów przewyższenia. Biegnę i wyprzedzam psie zaprzęgi, na szczycie lodowca jestem pierwszy, w uszach muzyka i słońce nade mną. Lodowiec jest duży i na wypłaszczeniu dogania mnie Michał, który ma 15 silnych psów w swym zaprzęgu. Coraz częściej maszer spogląda na mnie z niedowierzaniem…

Mijamy wypłaszczenie i tym razem zbieg 600 metrów, puszczam nogi jak szalone (przydaje się doświadczenie górskie), biegnę mocno w dół, pewnie czasem po 3.30/min. Widok z lodowca na fiord i góry – BEZCENNY. Zbiegam na siodło i znów podbieg 600 metrów przewyższenia. Na szczycie zaczynam tańczyć i czuję przypływ mocy, jest fantastycznie. Koniec tańców i zaczynam zbiegać jeszcze szybciej niż ostatnim razem, zapadam się po kolana, nie jestem wstanie tak biec, jest niebezpiecznie. Mój animusz słabnie, coraz ciężej jest wyrywać nogi ze śniegu, dobrze że mam kijki.

Zbliżając się do największego jeziora widzę ślady niedźwiedzia. Psychika zaczyna się nakręcać, słuchawki na uszy, ale co jakiś czas odwracam się, spoglądam na góry i dolinki – spotkanie z miśkiem – nie dziś proszę. Wpadam ciągle po kostki w roztopiony lód, nogi mam zamarznięte, a kurtkę i spodnie mam na sankach. Czuje potworne zimno,jestem spocony a wiatr mnie wychładza. Dobiegam do zaprzęgu i proszę o ubranie. Widzę, że Kamil patrzy na mnie trochę smutny – wiedząc, że nadwyrężyłem pachwinę od notorycznego zapadania się w śnieg zachęca bym odpuścił. Mówię, że nie ma mowy, bo zostało mi już tylko 13 km i muszę biec, bo zamarzam.

Zaczyna się prawdziwa walka, Maszer widząc moje zmęczenie i ból wypisany na twarzy kontroluje dystans. Po 5 km dobiegam do Michała i proszę o picie, niestety wszystko już wypił. Myślę sobie “stary, teraz już nie możesz się poddać, jeszcze 5 podbiegów, fiord  i będzie z górki”. To było moje najpiękniejsze 8 km, był ból, ale było też szczęście i wewnętrzna walka, jakiej na bieganiu jeszcze nigdy nie stoczyłem z samym sobą. Kamil widząc, że jestem bliski płaczu ze zmęczenia, zeskoczył z sanek i zaczął  biec obok mnie. To było motywujące i na swój sposób piękne, dodało mi energii. Gdy dobiegłem do miasta, postanowiłem zrobić jeszcze dodatkowa rundę,  żeby mieć pewność kilometrów.

Zrzut ekranu 2014-03-13 o 06.28

Dobiegłem do Red House gdzie mieszkaliśmy i padłem ze zmęczenia i szczęścia. Wiedziałem, że chłopaki muszą przetransportować sanie,  ale nie miałem siły im pomoc. Po 30 min przyjechali  i zaciągnęli mnie do kuchni na jedzenie. Mięśnie bolały a nogi zaczęły odzyskiwać czucie. Żeby podnieść prawą nogę musiałem poruszać ją najpierw za pomocą ręki.

Wieczorem, po odpoczynku, rozmawialiśmy o dalszych planach. Wylatujemy razem do Kulusuk i zostajemy zablokowani na 7 dni. Pogoda – opady i mgła – grenlandzki standard. Czas ten spędzam w dawnej bazie wojskowej USA – obecnie bazie lotniska. Korzystam tam z siłowni  i bieżni elektrycznej, czasem wychodzę pobiegać i powspinać się na okoliczne szczyty. Zaprzyjaźniam się z obsługą lotniska i ekipą techniczną.

Po 7 dniach lądujemy na Islandii, chłopaki chcą wracać do domu. Ja decyduje sie na 2 tygodniowy rest, szkoda mi przebukowywać bilet, skoro już jestem na Islandii.  Czas spędzam wspaniale. Pożyczam auto na 2 tygodnie, robię nim 3500 km dookoła Islandii, z 2- ką Francuzów, którzy są fantastycznymi kompanami. Zaczynam lubić Islandię. Zwiedzamy od godz 22.00 do 4 rano  – nie ma turystów – hhheee …  

Wracam do Polski z poczuciem, że choć wyprawa na Grenlandię nie przebiegła zgodnie z planem, to dała mi zdecydowanie więcej niż mógłbym się spodziewać – pokazała zachowania moje i innych osób wobec zagrożeń i stresujących sytuacji, pokazała ułomności i to nad czym należy pracować, Islandia dała mi czas aby to przemyśleć.

Jeśli chodzi o bieg w arktyce – czy zrobiłbym to raz jeszcze? Myślę że tak, ale może nie tak szybko i nie w tak głębokim śniegu.

Jan Witkowski