Przed wyprawą jednym z moich poważniejszych dylematów była kwestia poruszania się: co wybrać, narty czy rakiety śnieżne? Porównując plusy i minusy ewentualnego wyboru, uznałem, że narty mogą sprawdzić się albo doskonale – albo mogą zupełnie popsuć mi wyprawę. Dwie skrajne sytuacje. Nie chcąc ryzykować niepowodzenia, wybrałem rakiety śnieżne. Miałem na uwadze fakt, że połowę zaplanowanej trasy będę musiał przejść w tajdze, a w gąszczu drzew iglastych poruszanie się na nartach byłoby niezwykle trudne.

Nie ukrywam, że sama logistyka ułatwiła dokonanie wyboru. Aby dostać się do Pulju na północy Finlandii, gdzie zaczynała się moja zimowa przygoda z Laponią, musiałem lecieć – uwaga – trzema samolotami, jechać kilka godzin autobusem, a ostatnie 60 km przebyć …. taksówką. Narty plus 40-kilogramowe sanie stanowiłyby zbyt ciężki i niewygodny bagaż, jak na jedną osobę. W przeciwieństwie do nart, rakiety mogłem włożyć do środka sań i nie musiałem martwić się dodatkowym ciężarem oraz opłatami na lotniskach.

4 marca docieram na miejsce. Wita mnie piękna pogoda: słońce delikatnie przeziera przez chmury, temperatura ok. minus 10 stopni C, jest bezwietrznie. Pierwsze kilometry przemierzam po wyznaczonym szlaku narciarskim, idzie się zatem przyjemnie. Krok za krokiem, niespiesznie posuwam się w głąb rezerwatu przyrody Pulju. Chwila postoju.

Słyszę jakiś szelest. Odwracam głowę – to narciarz, biegnie nienaganną techniką łyżwową po dobrze przygotowanej ścieżce. Ma sportowy kombinezon i zamarznięte gile pod nosem. Najwyraźniej zdziwiony moim widokiem, przerywa trening. Zaczyna rozmowę po fińsku (bo kto, na litość, mógłby z zagranicy przyjechać w taką dzicz?!). Potem przechodzimy na angielski. Pyta, dlaczego nie mam nart? Staram się wytłumaczyć cel mojej wyprawy, dodaję, że mam do przejścia ponad 300 km w zróżnicowanym terenie i trasa nie zawsze będzie wiodła po tak fajnie przygotowanych ścieżkach. Rzuca ostatnie spojrzenie na moje sanie, podsumowuje krótką pogawędkę zdaniem: „You are very hard guy!”, i rusza dalej. Nie zdążam nawet odkręcić termosu, a mój pierwszy i, jak się okazało, ostatni rozmówca podczas tej wyprawy jest już w drodze powrotnej do cywilizacjii. Macha mi jeszcze ręką z daleka i znika za zakrętem.

Z tego spotkania wyciagam dwa wnioski:
* skoro „lokales” nazywa mnie twardym gościem – będzie ciężko,
* za chwilę kończy się szlak i zaczyna prawdziwa przygoda!

Z duszą na ramieniu

Na mojej trasie pojawia się Jezioro Korsajarvi. Długie na 4 km jezioro rynnowe i… mój pierwszy test na odwagę. Czy nie załamie się pode mną lód? A jeśli tak, czy dam radę wydostać się z przerębla? Takie pytania zaczynam sobie stawiać, jednocześnie będąc świadom, że przejście przez wiele podobnych jezior to nieodłączna część wyprawy, której się podjąłem. Wyjmuję z bagażu specjalne kolce do lodu, dzięki którym, w razie kłopotów, miałbym szansę wydostać się spod tafli lodu – i idę. A za mną ciągnie się ślad moich sań.
Do bram Parku Narodowego Lemmenjoki, ustanowionego w 1956 r., docieram drugiego dnia. Park jest przeogromnym, odludnym, pustym miejscem. Jeśli pominąć Biebrzański Park Narodowy, Lemmenjoki jest większy niż wszystkie pozostałe polskie parki narodowe razem wzięte. Ta cześć Laponii to typowa tajga – Park charakteryzują lasy iglaste, brzozy karłowate, liczne ozy, wzgórza morenowe oraz mnóstwo rzek i bagien.

Wybór rakiet zamiast nart na tym etapie okazał się kluczowy dla powodzenia całego mojego przedsięwzięcia.

Sytuacja wygląda tak: kilometrami trzeba iść w kopnym śniegu, po pochyłym gruncie, slalomem między drzewami. W nartach o długości, powiedzmy, 150 cm i w gęstym lesie wszelkie manewry byłyby niesłychanie trudne. Aż do brzegu rzeki Lemme mój trawers Parku to było kluczenie pomiędzy gęsto rosnącymi drzewami.

Piątego dnia docieram do wąwozu, którego przejście okazało się próbą moich sił fizycznych i psychnicznych. Odcinek zaledwie 6 kilometrowy, a jego przejście zajęło mi aż 3 dni. Poruszam się… jak mucha w smole. Wymyślam i wypróbowuję nowe, różne techniki ciągnięcia sanek: skracam dystans na linie od pulek, ciągnę sanie za pomocą rąk, często zmuszony jestem torować drogę „na lekko”, nim wejdę na nią z saniami.

Tę ostanią metodę wymyśliłem przypadkowo. Ciemna noc zastała mnie w tym ponurym wąwozie, a nigdzie wokół nie było choćby kilku metrów kwadratowych odpowiednich na nocleg. Zostawiłem więc sanie i poszedłem, zabierając sam namiot, szukać jakiegoś sensownego miejsca na obóz. Dwieście metrów dalej znalazłem kawałek płaskiego i wolnego od zarośli terenu. Wydeptałem tam rakietami platformę i rozstawiłem namiot. Wracając po swoje pulki, szedłem nie po śladach, a tuż obok, dzięki czemu utworzył się szeroki, twardy pas, w którym pulkom nie stawiał już oporu śnieg. Właściwie dzięki tej metodzie wydostałem się w końcu z wąwozu.

 

Autostradą rzeki

Po doświadczeniach poprzednich trudnych 3 dni, widok zamarzniętej rzeki, która rozprościera się przede mną, wyzwala we mnie niepohamowaną radość i, przede wszystkim – ulgę. Rzeka Lemme jest dla mnie jak autostrada! Nic, tylko iść i iść. Tempo poruszania się w terenie wraca do normalnego, a nawet jest lepsze. Bo muszę, w końcu, nadrobić czas stracony w wąwozie.
Nie opieram się jednak pokusie, by kolejnego dnia wejść na pobliską górę – Joenkielinen. Wstaję wcześnie. Za zielonym płótnem namiotu czeka szary wciąż jeszcze poranek. Piję gorącą herbatę, wrzucam do plecaka czekoladę, zakładam rakiety i biegnę, by zdążyć zobaczyć wschód słońca na szczycie. Śnieg jest jednak kopny i sypki, muszę pogodzić się z tym, że nie zdążę. Męczące podejście rekompensuje piękny widok ze szczytu.
Jestem teraz w rekreacyjnej części Parku. Są tu szlaki wzdłuż rzeki Lemme o łącznej długości 60 km, zimą również po samej rzece biegnie szlak narciarski, oznaczony tyczkami. Przy brzegu są pola namiotowe i traperskie chatki. Tutaj także zaczyna się szlak do rzeki Ivalojoki, gdzie w XIX w. odkryto duże złoża złota. To tu koncentruje się cała turystyka w Lemmenjoki. Pozostała część Parku, to mniej lub bardziej zapoznana dzicz.

Trudności na Inari

Z powodu tysięcy wysp Jezioro Inari, na pierwszy rzut oka, nie wydaje się takie ogromne. Przez większość czasu mam wrażenie, że brzeg jest blisko. Ale to pozory. Wyspy łączą szlaki skuterowe, więc co jakiś czas w oddali miga mi skuter. Poruszanie się na rakietach idzie świetnie. Cały sprzęt zresztą spisuje się, jak dotąd, znakomicie. Dopiero 12 dnia wyprawy pojawia się problem z maszynką benzynową. Bez sprawnej maszynki nie mogę przygotować liofilizowanej żywności – musiałbym skapitulować. A jestem na środku jeziora!

Sytuacja wygląda tak (zajrzałem w notatki): „Jestem głodny. Zawsze, przez całą ostatnią godzinę marszu, myślę nad tym, co zjem. Rozpalam maszynkę w przedsionku namiotu. Normalna rzecz, przy której jednak trzeba być maksymalnie skoncentrowanym, bo namiot pali się bardzo szybko. Podczas wstępnego rozgrzewania maszynki, opary benzyny przeciekają przez skurczoną na mrozie uszczelkę od pompki. W ułamku sekundy zapala się pompka ze zbiornikiem na paliwo – problem znany mi już z wcześniejszej wyprawy! Zwałami śniegu gaszę pożar i szczęśliwie unikam wybuchu. Jestem wystraszony. Natychmiast biorę się za naprawę maszynki. Odkręcam i wymieniam kilka części, czyszczę dyszę, ale nie wiem, jaki będzie efekt. W namiocie jest minus 16 stopni C, bez rękawiczek momentalnie marzną ręce. Wykonywanie precyzyjnych czynności w takiej temperaturze jest niezwykle trudne. Odpalam maszynkę ponownie. Działa! Jem upragnioną pomidorową i makaron z włoskimi orzechami”.

Przejścia z maszynką utwierdzają mnie w przekonaniu, że to nie jest wycieczka. To wyprawa z prawdziwego zdarzenia! Na czym polega różnica? Podczas wypraw musimy sobie radzić z nagłymi problemami, często improwizując. Czasami nie sposób trudnych sytuacji przewidzieć wcześniej, siedząc przy biurku i patrząc w monitor komputera. A zagrozić one mogą nie tylko powodzeniu wyprawy, ale też zdrowiu i… życiu.

Trzeci dzień na Inari. Zbliża się zachód. Dla mnie to znak, że czas rozejrzeć się za rozbiciem obozu. Mój problem polega jednak na tym, że znajduję się conajmniej dwie godziny od najbliższej wyspy! Decyduję się na rozbicie namiotu na lodzie.

Wkręcam śruby lodowe w miejsce zimowych śledzi. Robię porządne odciągi, przysypuję fartuchy śniegiem. Nic nie wskazuje na to, że ta noc będzie jedną z najgorszych w moim życiu. Ostatnia czynność każdego wieczora to pisanie notatnika. Piszę zatem, a wtem do moich uszu dobiega przeraźliwy odgłos pękającego lodu… Wybiegam z namiotu, sprawdzić, co się dzieje?! Nie widzę żadnych niepokojących rzeczy, wracam więc czym prędzej do środka: na zewnątrz jest minus 28 stopni C, w środku nieco cieplej: minus 22 stopnie C. Jedynym miejscem, w którym wiem, że nie zamarznę, jest mój śpiwór. Kiedy ponownie się w nim zapinam, woda uderza o tafle lodu, powodując ogromny huk. Słyszę dźwięk pękającego lodu. I tak jest przez całą noc. Bezradnie wyczekuję poranka. Nie śpię, zapadam jedynie w koszmarne drzemki. O 4.00 nad ranem decyduję się ugotować wodę na śniadanie, a przed 5.00 zaczynam zwijać obóz. Towarzyszy mi piękny wschód słońca. Uciekam z tego miejsca. Moim celem jest zejść dziś z Inari jak najszybciej – i dokładnie to robię.

W krainie niedźwiedzia

Jest taki żart: „Co myśli niedźwiedź, widząc młodego polarnika? Przynajmniej ciągnie sobie trumienkę!”. Vätsäri, to ważne siedlisko niedźwiedzia brunatnego. Teoretycznie, budzą się one ze snu zimowego w drugiej połowie marca i nie ukrywam, że tego się obawiałem. Na szczęście z dużych ssaków spotykam jedynie renifery. Widzę też ślady rosomaków, których jest tu bardzo dużo.
Vätsäri to jeden z 12 rezerwatów w fińskiej Laponii. Jego zadaniem jest zachowanie dzikiego charakteru tych obszarów oraz kultury Saamów – rdzennych mieszkańców. Dla mnie to ostatni etap wyprawy.
Krajobrazy przypominają Lemmenjoki: rosną tu brzozy, sosny i modrzewie. Wędruję głównie po małych, zamarzniętych jeziorach. Aby przejść granicę fińsko-norweską, muszę przeprawić się przez spore wzgórza. Napotykam tam ogromny głaz narzutowy, pomalowany żółta farbą. Stoi przy siatce odgradzającej dwa kraje. Z jednej strony widnieje napis „Suomi”, z drugiej „Norge”. Żegnam Finlandię i przechodzę przez granicę. Jestem na terenie Norwegii. Wyprawę kończę 2 dni później, na obrzeżach Kirkenes.

A tu możecie sami zobaczyć, jak wyglądała moja samotna wędrówka: http://vimeo.com/99477115


KILKA ZDAŃ O RAKIETACH MSR

Podczasy wyprawy w Laponii używałem legendarnych rakiet MSR Denali Ascent. Model ten, produkowany od kilkunastu lat, jest moim zdaniem przykładem rakiet doskonałych. Stosunek wagi do wytrzymałości jest wręcz genialny. Para waży 1700g, a ich wytrzymałość gwarantuje sprawne działanie sprzętu przez wiele lat. Nie dziwi zatem długi okres gwarancji, jakim objęte są rakiety MSR.
Największą zaletą MSR Denali Ascent jest ich prostota. Rakieta to mocny, wyprofilowany kawał tworzywa z wygiętym czubem, proste wiązanie z trwałego nylonu i dwie szyny stalowych ostrzy od spodu, dzięki którym poruszanie się po zmrożonym śniegu czy lodzie nie sprawia większych trudności.
Nie ma tu zbędnych elementów. Wszystko ma działać niezawodnie w trudnych warunkach i rzeczywiście działa.
Przez 18 dni wędrówki z 40-kg saniami, przeszedłem w rakietach ponad 300 km. Na pierwszym etapie musiałem przedzierać się przez gęsty las Parku Narodowego Lemmenjoki.
Na drugim etapie, jakim było Jezioro Inari, w rakietach szło się świetnie. Przejście 75 km po zamarzniętej tafli zajęło mi 3,5 dnia.
Trzeci etap, puszcza Vätsäri i dalej, do norweskiego Kirkenes, to zasuwanie na zmianę po małych jeziorach i świeżym puchu.
Miałem okazję poruszać się po zróżnicowanym terenie, dzięki czemu rzetelnie mogę ocenić, że MSR Denali Ascent to produkt uniwersalny. Rakiety sprawdzają się i na lodoszreniu, i w świeżym puchu. I na płaskim terenie, i na podejściach.
Da się w nich nawet spokojnie schodzić ze wzgórz, pod warukiem opanowania odpowiedniej techniki.
Są nieocenione w mokrym, kopnym śniegu – wystarczy domontować specjalne nakładki na tyły rakiet, zwiększając ich długość (przedłużki). Zajmuje to dosłownie 2 minuty, a zmienia wiele. Dodatkowe przedłużenie rakiet docenią zwłaszcza właściciele ciężkich plecaków.
Jeżeli komuś zależy na solidnych i niezawodnych rakietach, to z czystym sumieniem polecam rakiety marki MSR.

Damian Laskowski

 

Udostępnij ten artykuł!

Jeśli podoba Ci się treść na tej stronie, podziel się ze znajomymi:

SUBSKRYBUJ BLOGA
ABY OTRZYMAĆ DOSTĘP DO TESTÓW I RELACJI